18 grudnia 2017

Książeczki z dźwiękiem


Święty Mikołaj / Dzielny reniferek

wydawnictwo: Wilga
ilość stron: 10
format: 17x22 cm
rok wydania: 2017
dostępna: TUTAJ / TUTAJ

Święta zbliżają się wielkimi krokami, przyznam się Wam, że nie do końca do do mnie dociera i też nie do końca to ogarniam ;) Wydaje mi się, że dopiero co był Nowy Rok, dopiero co była wiosna, mój młodszy syn kończył 2 lata, dopiero co były wakacje, mój starszy syn kończył 9 lat, dopiero co się rozpoczął rok szkolny, dopiero co zbieraliśmy kasztany... Tak, właśnie to czuję każdego dnia, że przecież ledwo zdążyłam mrugnąć, a już mija kolejny dzień, tydzień, miesiąc... Dziwnie mi tak, jakby ktoś mi przyśpieszył mijanie czasu...

Pożaliła się już, ponarzekałam na ekspresowo uciekający czas więc teraz mogę zająć się tym co powinnam czyli recenzją dzisiejszych książeczek. Chociaż w sumie tutaj mogę jeszcze na moment wrócić do tego mojego nie ogarniania czasu i napisać, że omal bym nie zdążyła pokazać Wam tutaj tych świątecznych książek przed świętami. Nie spodziewałam się, że mi ten czas tak jakoś umknie i myślałam, że mam jeszcze chwilę, żeby chwycić po takie pozycje mikołajowe, aż tu dzisiaj podczas zakupów przedświątecznych dotarło do mnie, że to już tylko tydzień! Tak to właśnie u mnie wygląda, jedno wielkie zaskoczenie "Ale to już? Naprawdę???" ;)

Ale teraz już nie przedłużam i przechodzę do konkretów czyli do dwóch książek, które dzisiaj koniecznie chciałabym Wam pokazać i co nieco o nich napisać. Są to książeczki dla mniejszych dzieciaczków ponieważ tekstu jest w nich niewiele, a na dodatek jest on rymowany. Kartki są sztywne i do tego jeszcze te melodyjki... Hmm dzisiaj zaczęła tak od tyłu czyli najpierw powiedziałam Wam jakie te książeczki są, a teraz dopiero opowiem o tym o czym one są...

Oczywiście jak widać są to książki o tematyce świątecznej, a dokładniej Bożonarodzeniowej. Jedna z nich opowiada o Mikołaju, druga o małym reniferku z czerwonym noskiem czyli Rudolfie. Chociaż w tej pierwszej Rudolf także występuje ;) W dużym skrócie - nadchodzi czas, aby Mikołaj wyruszył z prezentami. Sanie zapakowane, Mikołaj czeka, ale gdzieś zapodział się cały zaprzęg. Mały Rudolf musi poradzić sobie sam. Wyruszają więc tylko we dwójkę i co? I radzą sobie oczywiście świetnie :)

Druga opowiastka jest o tym, że mały Rudolf różni się od innych reniferów, a także innych zwierząt ponieważ nikt oprócz niego nie ma dużego, czerwonego i na dodatek świecącego nosa. Mamusia zapewnia go, że jest wyjątkowy, jednak on wolałby być zwyczajny, taki jak inni. Aż przychodzi czas kiedy jego tata ma wyruszyć z Mikołajem w wyprawę dookoła świata, jednak jest taka straszna mgła, że renifery zupełnie nic nie widzą. I wtedy do akcji wkracza mały Rudolf ze swoi świecącym noskiem. Okazuje się, że to co uważał za ogromną wadę, w końcu okazało się wielką zaletą :)

Tak jak wspominałam te świąteczne historyjki są króciutkie, są rymowane, są ciekawe i zabawne. Kartki w tych książeczkach są twarde. Ilustracje bardzo ładne, kolorowe, nastrajające świątecznie :) A na dodatek znajdziemy tutaj także przyciski, które po naciśnięciu puszczają nam świąteczną melodyjkę. Książeczki z tej serii są wycięte w kształcie nieco inny niż zwykły prostokąt, co z pewnością już zauważyliście i co też jest fajną odmianą od zwyczajnego formatu ;) Nie ma co tu dużo pisać, po prostu polecam :)


16 grudnia 2017

Pyszne obiady


ANNA STARMACH

wydawnictwo: Znak literanova
ilość stron: 160
format: 16x20 cm
rok wydania: 2017
dostępna: TUTAJ

Milion razy pisałam Wam jak bardzo nie lubię gotować. I jeśli mam być szczera, niewiele się w tym temacie zmieniło. Ale powiem Wam szczerze, że jest coś gorszego od gotowania. Znacznie gorszego... To codzienne wymyślanie co przyrządzić. O matko, jak ja tego nie lubię! Wiecznie mam z tym problem. Żeby było ciekawie, różnorodnie, smacznie i żeby każdemu przypasowało. Oj, mam się z tym wymyślaniem, mam. Ale na szczęście na brak książek kucharskich narzekać nie mogę. I co najważniejsze - wciąż mi ich przybywa! Może nie w takim tempie co Marcie, ale jednak czasem i ja zaopatrzę się w coś fajnego. A wtedy to już hulaj dusza! Przy tylu nowych inspiracjach mogę szaleć. A co!

Tak więc jak się pewnie domyślacie dziś będzie o kolejnej książce z przepisami. Annę Starmach zdążyliście już poznać, bo na naszym blogu gościła już co najmniej dwa razy. Za pierwszym razem, gdy pokazywałyśmy Wam lekturę zatytułowaną "Pyszności. Kulinarne pomysły dla małych szefów kuchni", drugi przy recenzji książki "Pyszne. Na słodko". Dziś natomiast będzie o tym co zazwyczaj spędza mi sen z powiek. Obiady... Muszę przyznać, że pokładałam w tej lekturze duże nadzieje. Marzyłam, by znaleźć w tej książce same smakołyki, które moja rodzinka będzie wsuwać z wielkim uśmiechem na twarzy. A jakie są realia? Już Wam piszę :)

Gdy książka trafiła w moje ręce, pierwsze o czym pomyślałam to - jaka ona malutka! Nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się znacznie większej i grubszej lektury. Choć tak naprawdę nikt mi niczego takiego nie obiecywał. No, ale czasem nasza wyobraźnia płata nam figle i najwyraźniej tak było i tym razem. Ta jest wydania zeszytowego. Może ciut mniejsza. Ale mała nie znaczy gorsza czy mniej treściwa. Ta tutaj okazała się bardzo poręczna w mojej mikroskopijnej kuchni. Poza tym ma ładną okładkę, dobrej jakości papier i te zdjęcia... Nie sposób nie zatrzymać się przy każdym z nich by choć chwilkę nie popatrzeć. Zupki, dania mięsne, słodkości. Wszystko to wygląda tak apetycznie, że na sam widok ślinka cieknie. Uwielbiam tak ślicznie zaprezentowane dania. I uwielbiam książki kucharskie z takimi właśnie zdjęciami. Cuuudo.

Pierwszy rozdział tej publikacji to zupy. Wśród nich znajdziemy takie smakołyki jak Rosół babci Zosi, Krem z białych szparagów, Koperkowa, Grzybowa, Gulaszowa czy chociażby Chłodnik z botwinki. Kolejny dział nosi tytuł Drugie dania - dania warzywna i sałatki. Tutaj odnajdziemy przepis na Sałatkę z kaczką i burakami, Potrawkę z czerwoną fasolą i guacamole, Ratatouille, Sałatkę z bobem i kurczakiem lub faszerowane cukinie. Ale drugie dania to nie tylko warzywa. Następny rozdział prezentuje nam specjały z makaronu i risotta. Wśród dań z makaronem znajdziemy tu Makaron i pesto, z pomidorkami, ze szpinakiem i kurczakiem a nawet z krewetkami. Risotta są tylko dwa. Jedno z zielonymi szparagami, a drugie z dynią i kurczakiem.

Dalej wciąż pozostając przy drugich daniach znajdziemy przepisy na potrawy z mięsem i rybami. Czyli steki z polędwicy, zrazy, bitki wołowe, klopsiki w sosie pomidorowym, kotlety mielone, wołowina po burgundzku i wiele wiele więcej. I na koniec niespodzianka. Mimo iż książka ta nosi tytuł pyszne obiady to... nie brakuje w niej także pomysłów na desery! W tej części znajdziemy zatem ciasto drożdżowe ze śliwkami, deser czekoladowy z płynną czekoladą, gruszki świętej Heleny, ciasto z jagodami pod kruszonką, tort bezowy z kremem cytrynowym, ciasto drożdżowe ze śliwkami itp. Ogólnie przepisów tutaj nie brakuje. Myślę, że każdy znajdzie w tej publikacji coś smacznego dla siebie. Ja już zrobiłam całą listę i pomalutku, sukcesywnie będę działać. Choć najchętniej zrobiłabym wszystko na raz, Taką mam ochotę na te smakołyki...

Bardzo lubię przepisy Anny Starmach bo są naprawdę bardzo proste do wykonania, ciekawe i z całą pewnością smaczne. Nie wypróbowałam jeszcze wszystkich jej dań, ale te, które już udało mi się przyrządzić z całą pewnością trafiły w mój gust. Podoba mi się, że te dania są różnorodne, że znajdziemy w nich całą masę przeróżnych produktów dzięki czemu nie ma opcji, żeby coś nam się zbyt szybko przejadło. Fajne to. Ja jakoś do tej pory nie dostrzegałam nawet, że wokół mnie jest tyle pyszności, z których w naprawdę prosty sposób mogę przyrządzić pożywne danie dla całej naszej rodzinki. Jeszcze tylko muszę przekonać moją najmłodszą córkę, że warzywa nie gryzą i będzie miodzio! Już nie mogę się doczekać, aż te wszystkie dania zagoszczą na naszym stole na dobre :)

Wracając jeszcze do tej publikacji - uważam, ze jest bardzo ładnie wydana. Pisałam już o pięknych zdjęciach i tu zdania nie zmienię. Uważam, że wszystko na nich wygląda wyjątkowo apetycznie. Ale podoba mi się także tutaj to, że ta książka jest bardzo przejrzysta. Że przepisy są ładnie zaprezentowane, a nie naćkane jeden na drugim. Nie ma tu co prawda takich informacji czy danie jest łatwe do wykonania czy nie, albo jak długo nam się zejdzie z jego przygotowaniem. Ale myślę, że wystarczy przeczytać przepis, by samemu to ocenić. I to by chyba było na tyle jeśli chodzi o zalety tej książki. A wady? Jest jedna. Denerwuje mnie to, że kartki w tej książce są wklejane do grzbietu, przez co staram się jej nie rozciągać za bardzo, by nie zaczęły mi z czasem wypadać. Ale efekt jest taki, że podczas korzystania z tej książki muszę czymś przytrzymywać kartki, by książka stale się nie zamykała. To na pewno jest uciążliwe. Gdyby kartki były wszyte, książka otwierałaby się na płasko.


No cóż, najwyraźniej nie można mieć wszystkiego. Ale przyznam Wam się, że i tak jestem z tej książki zadowolona i na pewno nie raz mi się przyda. Wam także ją polecam. 


15 grudnia 2017

Raz na zawsze


SARAH DESSEN

wydawnictwo: Harper Collins
ilość stron: 336
format: 14,5x21,5 cm
rok wydania: 2017
dostępna: TUTAJ

A co powiecie na weselne klimaty? Ale takie z przymrużeniem oka, opisane w zabawny sposób ;) Taką właśnie książkę miałam okazję przeczytać. Chwyciłam po nią z nadzieją na jakiś romansik i otrzymałam bardzo fajną, momentami zabawną powieść z delikatnymi miłosnymi podrygami ;) Także zawczasu powiem Wam, że na wielki, płomienny romans, love story i takie rzeczy nie macie co liczyć, ale mimo tego, że ja to takie romansidła uwielbiam najbardziej to jednak tę książkę także czytało mi się bardzo fajnie :)

Louna to nastolatka, której matka jest znaną konsultantką ślubną. Prowadzi firmę wraz z przyjacielem, oboje mają bardzo ciekawe podejście do ślubów, a na dodatek fajne poczucie humorów więc ich komentarze i przemyślenia na temat wesel, panien młodych czy teściowych są naprawdę zabawne. Louna pomaga im w czasie wakacji przy organizowaniu ślubów więc ona także nie jedno już widziała. Dlatego też ma tak sceptyczne podejście do wielkich miłości i happy endów. Jednak to nie jedyny powód. Louna mimo swojego młodego wieku przeżyła już swoją wielką miłość i tak szybko jak pojawiła się ona w jej życiu, tak też szybko została jej odebrana. Dziewczyna doświadczyła ogromnej straty, jej serce rozpadło się na kawałeczki. Ona sama nie wierzy, że jeszcze kiedykolwiek mogłaby coś poczuć. Stała się samotnikiem, jest burkliwa, niewiele w niej radości z życia. Na temat chłopaków nie ma zamiaru nawet myśleć. Nawet wtedy kiedy na jednym ze ślubów spotyka przystojnego podrywacza o imieniu Ambrose. Od początku tylko ją irytował więc kiedy okazuje się, że w ramach resocjalizacji będzie pracował w ich firmie, dziewczyna jest załamana. Jednak z czasem przyzwyczaja się do zachowania Ambrose'a, do jego lekkiego podejścia do życia, do wiecznego optymizmu. Ta dwójka jest zupełnym przeciwieństwem, a jednak udaje im się zaprzyjaźnić. Ambrose za sprawą zakładu nakłania nawet Lounę do wyjścia do ludzi, do tego, aby zaczęła niezobowiązującą randkować. Dziewczyna nie wie, że on ma w tym swój cel. Jednak nie wszystko idzie tak jak to sobie zaplanował...

Tak jak wspominałam Wam powyżej, nie jest to książka gdzie przeczytamy jakąś piękną historię miłosną. Chociaż w sumie to może i taką przeczytamy, ale jest to raczej tylko wspomnienie zranionej dziewczyny. Ta książka to opowieść o wielkiej stracie, o pierwszej miłości, o oczekiwaniach, planach i nadziejach, które wyparowały w trakcie kilku chwil. Jest to też opowieść o ślubach widzianych od kuchni, o rozhisteryzowanych pannach młodych i czepialskich teściowych, o pesymistycznym i optymistycznym spostrzeganiu świata, o powolutku kiełkującym uczuciu, o przyjaźni, o nowym początku, o zmianach... Mogłabym pewnie jeszcze tak wymieniać i wymieniać, ale sądzę, że wiecie już o co chodzi. Historia ta jest taka słodko-gorzka, momentami smutna, momentami pełna nadziei, a momentami zabawna. Czyta się ją bardzo dobrze, jest ciekawa, wciągająca... Pomimo tego, że może nie dzieje się tutaj zbyt wiele, nie ma jakieś wartkiej akcji to i tak nie sposób się przy niej nudzić. Także pozostaje mi napisać, że ją Wam polecam :)


14 grudnia 2017

Porachunki z przygodą - Czarna walizka


KRZYSZTOF PETEK

wydawnictwo: Siedmioróg
ilość stron: 192
format: 14x20,5 cm
rok wydania: 2011
dostępna: TUTAJ

Młodzież od zawsze lubiła powieści z dreszczykiem. Odkąd pamiętam na wszystkich ogniskach opowiadało się straszne historie, a największą sensacją na szkolnym korytarzu nie  było to, że komuś coś się udało, lecz to gdy komuś w jakiś sposób podwinęła się noga. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Mam wrażenie, że po prostu takie młode osoby szukają emocji. Lekkiej adrenaliny. Teraz według mnie to się jeszcze bardziej nasila. Aż strach się bać co będzie za kilkadziesiąt lat... 

Dlatego też uważam, że powieści dla nastolatków także powinny trzymać w napięciu. Pamiętam, że ja także chętnie po tego typu lektury sięgałam i z wypiekami na twarzy czytałam pod kołdrą gdy wszyscy już dawno smacznie spali. Ale wtedy było zawsze najciekawiej. Każdą akcję przezywało się podwójnie. A gdy jeszcze gdzieś w oddali zaskrzypiała podłoga lub zaśpiewał wiatr za oknem - moje emocje sięgały zenitu. Ogólnie nie lubię się bać. Bywa, że i książki są dla mnie zbyt straszne, bo to z całą pewnością nie moje klimaty. Ja lubię się śmiać i płakać ze szczęścia. Nie kręcą mnie żadne kryminalne zagrywki iście z filmów Jamesa Bonda. Ale jako nastolatka dałam się wciągnąć w ten wir. I niekiedy podczytywałam takie powieści by potem przeżywać je przesz kolejnych kilka dni. I wtedy nawet mi się to podobało! Dlatego teraz, jako mam także czasem chwytam po takie książki. Trochę by sobie przypomnieć jak to było. Trochę po to, by wiedzieć co warto przeczytać gdy moja Ala wejdzie w ten wiek i zechce również poobgryzać trochę paznokci podczas czytania. I tak właśnie w moje ręce trafiła seria Porachunki z przygodą. Książki, choć nie pierwszej młodości - ale nadal na czasie. Myślę, że mojemu dziecku się spodobają :)

W tych książkach spotkamy grupkę przyjaciół. Jacka zwanego potocznie Jajco, Pchełkę Pucka i Martę. Dzieciaki, którym stale coś się przytrafia. To nie jest tak, że ta grupka przyjaciół sama szuka zaczepki. Oni po prostu stale trafiają w sam środek jakiegoś wydarzenia. A potem... no cóż. Trzeba wypić piwo, które się zważyło. Na przykład w tej części chłopcy dostrzegają, że w ciemnej uliczce została napadnięta młoda dziewczyna. Kilku łobuzów wyrwało jej torebkę i zaczynają ją bić. Nasi bohaterowie nie mogli pozostać obojętni w takiej sytuacji. Przecież komuś dzieje się krzywda! Tak więc natychmiast wkraczają do akcji. Walka jest nierówna, ale młodzież daje radę. Łobuzy okazują się być silni i co najgorsze - uzbrojeni. Ale po długiej potyczce Jajco z przyjaciółmi wychodzą cało z opresji. A gdy jest już prawie po wszystkim - nadjeżdża policja i wszystko układa się jak należy. To wydarzenie sprawia, że ojciec poszkodowanej dziewczyny chce jakoś wynagrodzić chłopcom ich bohaterski czyn. Jednak młodzieńcy nie chcą niczego dla siebie. Skoro mężczyzna chce coś dać - niech da. Nie daleko mieszka dziewczynka, która bardzo, ale to bardzo potrzebuje pomocy. Jej serce jest chore, a ona natychmiast potrzebuje bardzo drogiego sprzętu, by przeżyć. Jest okazja - więc trzeba z niej skorzystać. I w ten właśnie sposób chłopcy całkiem nieświadomie wkraczają na drogę kolejnej przygody. Mają za zadanie przewieźć pociągiem bardzo cenny ładunek. Tylko, że na walizkę, którą mają oni strzec jak oka w głowie, mają chrapkę także inni. A żeby ją zdobyć - zrobią wszystko...

Jak widzicie, książka zapowiada się naprawdę ciekawie. Od samego początku trzyma w napięciu i sprawia, że nie możemy się od niej oderwać. Fakt, zawiera brutalne sceny. Walka naszych bohaterów z łobuzami w obronie dziewczyny na pewno nie należała do sielankowych scen. Ale ja myślę, że dla nastolatka (lektura ta przeznaczona jest dla młodzieży powyżej 13 tego roku życia) taki opis wcale nie budzi grozy. Takie filmy jak Harry potter itp są według mnie bardziej brutalne. Co więcej postępowanie Jajca, Pchełki i Pucka to zachowanie godne naśladowania. To nie jakieś opryszki, które postanowiły zabawić się po jakiejś suto zakrapianej imprezie. Oni stanęli w obronie kogoś słabszego. Chcieli pomóc. Wykazali się niezwykłą odwagą i sprytem. Takiego zachowanie nie można potępiać. Tu trzeba być dumnym z tego, że ci młodzi ludzie znaleźli w sonie tyle odwagi, by stanąć w szranki z bandytami. Wiem, że wszystko mogłoby się potoczyć znacznie inaczej. Też jestem mamą i wiem, jak trudno jest czytać o takich rzeczach. Gdyby któryś z tych chłopców był moim synem, byłabym wściekłą, że tak się naraża. Choć z pewnością duma by mnie rozpierała. Ale będąc mamą poszkodowanej dziewczynki dziękowałabym Bogu, że ktoś jednak się tam pojawił by ją ratować. Więc wiecie, wszystko zależy od naszego punktu widzenia. Ale odbiegłam od tematu. Tak więc w tej powieści nie obejdzie się bez brutalnych scen. Nie ma ich tu na szczęście wiele. To nie książka o gangsterskich porachunkach. Ale jednak coś tam się znajdzie. Jako mama pewnie z przyjemnością też wycięłabym wszystkie niegrzeczne dyskusje chłopców, ale tu znów odzywa się we mnie matczyny instynkt. Bo tak naprawdę idąc ulicą czasem chciałabym, żeby najgorszym słowem wydobywającym się z ust rosłego nastolatka było zwykłe "zamknij się". Więc w tym temacie także nie jest źle. Najważniejsze jest jednak to, że ta książka naprawdę wciąga. Przygoda nastolatków jest ciekawa, akcja szybka, a cel ich podróży - szczytny. Ta lektura uczy nasze dzieciaki wartości. Daje do zrozumienia, że warto czasem pomyśleć nie tylko o sobie i swoich potrzebach. Ale przede wszystkim o innych. O tym, że w każdym wieku możemy nieść pomoc. Trzeba tylko dobrze się rozejrzeć. No i trzeba chcieć.

Podsumowując - według mnie książka jest super. I już wiem, że kolejne części ani odrobinkę nie są gorsze więc musicie się uzbroić w cierpliwość i wysłuchiwać tych moich pochwał jeszcze kilak razy. Bo zamierzam zaprezentować Wam tu całą serię. O ile uda mi się zdobyć wszystkie części ;) Ale jestem dobrej myśli. Teraz jednak zostawiam Was z tą częścią. I napiszę tylko - POLECAM!

13 grudnia 2017

Zwierzaki świata cz. 3


MARTYNA WOJCIECHOWSKA

wydawnictwo: Burda Książki
ilość stron: 200
format: 17x20 cm
rok wydania: 2017
dostępna: TUTAJ

Marta ostatnio chwaliła Wam się nową książką Neli. No to ja Wam się pochwalę, że Martyna Wojciechowska także skrobnęła coś nowego. Szkoda, że jej książek dla dzieci nie powstaje tak wiele jak tej małej blondyneczki. No ale trudno. Najważniejsze, że w ogóle coś jest. A ja z przyjemnością przygarnę każdą z nich. Uważam, że są świetne. I jak się okazuje, to nie tylko moja opinia. Alicja i Natalka także chętnie po nie sięgają. Starsza czyta z wypiekami na twarzy. Młodsza nie może oderwać wzroku od ślicznych zdjęć. Dla każdego coś miłego ;)

Tym razem ponownie ta słynna podróżniczka postanowiła pokazać nam kilka ciekawych zwierząt. Najwyraźniej maluchy wolą czytać o zwierzakach niż o swoich rówieśnikach, bo część z dzieciakami była tylko jedna (mnie się bardzo podobała!), a ten cykl doczekał się już trzeciego tomu. A kogo poznamy w tej części? No cóż. Na początek Arslan - orzeł przedni z Mongolii. Wiecie, że w tym kraju jest więcej koni niż ludzi?? Ja nie wiedziałam. No ale nie o tym miałam pisać. Orły przednie to niesamowite ptaki. Olbrzymie, piękne i mądre. Potrafią latać tak szybko jak samochody mkną na autostradzie. I są wyjątkowo sprytnymi łowcami. Ale Arslan to nie tylko dziki ptak. Nie tylko król przestworzy, ale także przyjaciel pewniej bardzo miłej rodziny. Ale jak tam trafił i co robi, dowiedzcie się już samo :)

Kolejny zwierzakiem, jakie spotkamy w tej lekturze to kawia domowa z Peru o imieniu Koko. Czyli nic innego jak świnka morska. Mała, prześliczna, urocza i puszysta kuleczka, którą każdy się zachwyca. W tym kraju te zwierzaki są bardzo popularne. Prawi każda rodzina ma choć jedną. Ale więcej na ich temat - w książce :)

Dalej poczytamy o George'u. Krokodylu z Balize. Nie wiem jak wy, ale na na widok tego olbrzymiego jaszczura mam ciarki na plecach. Korokodyle to przecież bardzo groźne zwierzęta. Gdy są głodne - rzucają się na wszystko co się rusza! Tymczasem George nie wie co to głód. Nigdy zatem też nie polował na swoich właścicieli. To chyba jedyny udomowiony krokodyl jakiego znam! A jak to się stało, że zamieszkał z Lindą? Jesteście ciekawi?

Na koniec poznacie Meli. Żyrafę z Botswany. I nie tylko ją, bo czytając o tej uroczej i smukłej bohaterce dowiecie się także sporo i o innych zwierzętach z nią zaprzyjaźnionych. Zresztą wszystkie te opowiadania mimo takiego lekkiego i bajkowego stylu opisywania rzeczywistości dostarczają naszym dzieciakom sporą dawkę wiedzy. To nie są tylko takie tam zmyślone historyjki. To opowiadania, które uczą. Zawierają mnóstwo ciekawostek o otaczającym nas świecie. I jest tego naprawdę dużo! Taka nauka przez zabawę. Czyli najlepsze co może być.

Nigdy nie miałam okazji poznać Martyny Wojciechowskiej osobiście, ale zawsze miałam i mam na jej temat bardzo dobre zdanie. Czytałam sporo jej książek. Nie tylko tych dla dzieci, ale także (a raczej w szczególności) te skierowane dla dorosłych. Oglądałam też sporo jej programów. I uważam, ze to niezwykle ciepła i sympatyczna osoba. Ona nie jest tylko dziennikarką. Jest kobietą otwartą do ludzi i świata. Jest wrażliwa i przyjazna. Podoba mi się jej styl opisywanie tego co widziała i czuła. Podoba mi się, że jest taka prawdziwa. Taka normalna.

Dlatego bardzo się cieszę, że Martyna Wojciechowska postanowiła podzielić się swoją wiedzą i spostrzeżeniami także z młodszymi czytelnikami. Jej książki są co prawda zupełnie inne. Daleko im do typowych książek podróżniczych, bo tutaj każdą historię opisuje nam osobiście napotkany przez Martynę w czasie podróży zwierzak. A nie ona sama. Ale to w niczym mi nie przeszkadza. Nawet uważam, że to bardzo fajna odmiana. Inaczej nie znaczy ani gorzej ani lepiej.

Martyna Wojciechowska wcale nie zamierzała być konkurencją dla znanej nam doskonale małej reporterki. Chciała w typowy dla siebie sposób zainteresować młodych ludzi tym co ich otacza. Bawiąc, rozbudzając ciekawość i działając na ich wyobraźnię. I trzeba przyznać, że doskonale jej to wychodzi :)

Ta lektura jest oczywiście pięknie wydana. Duża czytelna czcionka, ciekawostki w rameczkach i cała masa kolorowych i pięknych ilustracji. Nie ma siły, by taka książka nie przykuła uwagi dzieci i młodzieży. A gdy dodamy do tego jeszcze grubą, sztywną okładkę z gąbkowym wypełnieniem oraz bardzo dobrej jakości papier otrzymamy przepiękną książkę, którą Wasze dziecko pokocha od pierwszej chwili. My jesteśmy zachwycone i... czekamy na kolejne części! Bo będą! Jestem tego pewna! Polecam :)




12 grudnia 2017

Sezon życzeń


DENISE HUNTER

wydawnictwo: Dreams
ilość stron: 368
format: 14x20,5 cm
rok wydania: 2017
dostępna: TUTAJ

Za moment święta więc czas nastroić się w końcu nie tylko zimowo ale i świątecznie. W takim właśnie celu postanowiłam chwycić po książkę z zimową okładką, w końcu miła lektura, szczególnie lekki romans jest dobry na zimowe wieczory (no dobra na każdą porę dnia, o każdej porze roku, ale że akurat mamy zimę...). Także co tu dużo mówić, zobaczyłam zimową okładkę, zobaczyłam też że to trzecia część serii Chapel Springs i już nie mogłam się doczekać kiedy po nią chwycę :)

Chapel Springs to malutkie, piękne miasteczko  gdzie mieszka rodzina McKinley. Seria ta opowiada w każdej książce po kolei o losach jednego z czwórki rodzeństwa. W poprzednich częściach mogliśmy przeczytać o dwóch siostrach, o tym jak to się stało, że spotkały miłość swojego życia i jak potoczyła się ich historia. Tym razem główna bohaterką jest najmłodsza z sióstr, przypuszczam że kolejna część będzie opowiadała o ich najstarszym i jedynym bracie ;) Ale dzisiaj skupie się jednak na PJ (czyt. PiDżej) oraz na tym jak zechciała ona spełnić marzenie swojego życia...

PJ jest niezwykle utalentowaną kucharką. Marzy o otwarciu własnej restauracji. Jednak nie bardzo może pozwolić sobie na lokal... Ale szczęśliwy traf chciał, że jeden z domów w miasteczku zostaje wolny, a właścicielka jest nie tylko bogata, ale i ekscentryczna i w rezultacie postanawia oddać dom osobie, która przedstawi najciekawszy i najbardziej dochodowy biznesplan. PJ nie waha się ani chwili, wygra ten dom, przedstawi wspaniały plan restauracji oraz hotelu. Jest przekonana o tym, że wygra, w końcu w miasteczku brakuje noclegów dla turystów... Jednak nie wzięła ona pod uwagę tego, że pojawi się ktoś spoza miasteczka, ktoś kto przedstawi ciekawą ofertę, kogoś kto ma wspaniały pomysł i szlachetne pobudki. Cole Evans także chce zdobyć ten dom. Chce w ni  otworzyć dom przejściowy dla młodzieży opuszczającej rodziny zastępcze. Chce stworzyć odpowiedni start grupce dzieciaków. Chce im pomóc i doskonale wie jak to zrobić. Jego pomysł jest dobry, ale pomysł PJ także. W rezultacie właścicielka domu wymyśla tak szalone rozwiązanie, że PJ i Cole zupełnie nie mogą w nie uwierzyć. Przez cały rok mają mieszkać pod jednym dachem, dzielić się domem wprowadzając w życie swoje pomysły. Po roku okaże się kogo plan był lepszy, bardziej rentowny i kto ostatecznie zdobędzie dom. Cole i PJ są rywalami, oboje walczą o spełnienie swoich życiowych planów, jednak muszę przetrwać ze sobą cały rok... Ta dwójka od samego początku działała sobie na nerwy, nie potrafili przebywać ze sobą w jednym pomieszczeniu nie wszczynając po chwili kłótni. Przecież to nie może się udać. Jak oni mają mieszkać ze sobą cały rok? Jednak z czasem oboje łagodnieją, poznając się coraz lepiej, zaprzyjaźniają się... Jednak obojgu cały czas kołacze w głowach myśl, że są rywalami, że jedno z nich zaprzepaści marzenia drugiego, że albo PJ, albo Cole straci oszczędności swojego życia i będzie musiało się wycofać...

Lubię tę serię... Powieści te są takie ciepłe, spokojne, przyjemne... Czyta się je naprawdę miło i z zainteresowaniem. Nie ma tutaj jakiś porywających zwrotów akcji, ale nie ma też szans na nudę. Jest tu kilka sytuacji, które z pewnością sprawią, że nie będziemy mogli się oderwać od książki, zresztą mnie bardzo zaciekawiło to czy ta dwójka jakoś w końcu do siebie dotrze, jak pokonają przeciwności, jak poradzą sobie z problemami, jak rozwiną się ich biznesy... Naprawdę fajnie mi się czytało tę książkę :) Jeśli jednak poszukujecie wielkich romansów, porywów serc, namiętności - to tutaj tego nie znajdziecie. Tutaj faktycznie jest jakieś uczucie, ale jest bardzo delikatne i rozwija się  powolutku. Ale to nic, ta książka jest taką miłą, ciepłą lekturą idealną na zimową nudę :) Polecam!


11 grudnia 2017

Boże Narodzenie. Książka do kolorowania


ANTONIA JACKSON, FELICITY FRENCH

wydawnictwo: Święty Wojciech
ilość stron: 32
format: 20x21,5 cm
rok wydania: 2017
dostępna: TUTAJ

Moda na kolorowanki antystresowe po malutku mija. Swego czasu było ich wszędzie cała masa. Teraz także bywają to tu to tam, ale już nie rzucają się tak w oczy jak dawniej. Powiem Wam jednak, że mnie się one bardzo podobają. Wciąż mam ich w domu kilka i czasami dla zabicia czasu coś tam sobie w nich bazgrze. To niesamowite jakie działa można stworzyć zamalowując poszczególne drobniutkie pola. Bo to chyba właśnie w tym tkwi urok tych obrazków. Że są tak bardzo szczegółowe. Że każdy z nich to miliony bardzo drobnych elementów, które po pokolorowaniu stworzą nam istne dzieło sztuki. Rewelacja :)

I tak wydawnictwo Święty Wojciech biorąc przykład z tych właśnie kolorowanek postanowiło wydać coś niezwykłego. Mam na myśli niewielką książeczkę o Bożym Narodzeniu. Lektura ta z pozoru jest taka zwykłą. Mała, wydanie zeszytowe. Tytuł prosty - Boże Narodzenie. Nic nadzwyczajnego. Pewnie na rynku takich książek jest miliony. Czym zatem ta wyróżnia się od pozostałych? Oczywiście wnętrzem. Bo wystarczy, że zerkniemy do środka i... zobaczycie co można w niej dokonać. Wystarczy kilka ruchów cienkopisem lub kredką, a już wkrótce nasza książeczka nabierze barw i... stanie się jedyna w swoim rodzaju. Niepowtarzalna, unikatowa. Nikt nie będzie mieć dokładnie takiej samej. Ta będzie tylko nasza.

W czym zatem tkwi urok tej pozycji? No cóż. Ta książka poza krótkim tekstem opisującym nam historie narodzin Jezusa posiada także ciekawą, bardzo bogatą i z całą pewnością niepowtarzalną szatę graficzną. Ilustracje bowiem zdobiące tą książeczkę to kolorowanki. Ale nie takie zwyczajne. Te tutaj wykonane zostały właśnie na styl książeczek antystresowych. Są one bowiem bardzo, ale to bardzo szczegółowe. Każda rzecz jest w nich pięknie wyeksponowana i cudownie zdobiona. Krzaczki mają powyginane gałęzie oblepione drobnymi listeczkami. Deski są pełne sęków, a ubrania bohaterów są przepełnione wzorami. Musze przyznać, że to wygląda naprawę niesamowicie. Jeszcze zanim w ogóle zaczęłam cokolwiek w tej książce robić - już wywarła ona na mnie ogromne wrażenie.

Bo oczami wyobraźni widziałam wszystkie te obrazki pełne pięknych kolorów. Tutaj nie ważne jest czy wykorzystam ich 3, 5 czy kilkadziesiąt. Każdy sposób zdobienia tych obrazków będzie dobry. Wystarczy jedynie ruszyć głową, a nasza lektura stanie się jeszcze bardziej wyjątkowa. To od nas zależy jaki będzie efekt końcowy naszej pracy i jak ozdobimy naszą książeczkę. A po wykonaniu naszej pracy - efekt końcowy będzie zniewalający. Nie mam co do tego wątpliwości :)

Bardzo lubię takie proste i jednocześnie niezwykłe publikacje. Na pierwszy rzut oka, nic wielkiego. Ale gdy znajdziemy chwilę, by bliżej się tej książeczce przyjrzeć, zobaczymy jak olbrzymi tkwi w niej potencjał. Jakie cuda możemy stworzyć. Podoba mi się, że ta książka to nie tylko zwykłe krótkie opowiadanie. Że podczas czytania można również trochę się rozerwać podczas kolorowania. Że dzięki naszej pracy lektura, którą właśnie mamy w ręku zyska jedyny, niepowtarzalny i co najważniejsze wyjątkowo bliski nam wygląd. Że będzie taka jaką chcemy widzieć. Taka jaka nam najbardziej odpowiada. Według mnie rewelacja.


Podsumowując - uważam, że ta niepozorna książeczka jest godna uwagi. I że naprawdę warto zwrócić na nią uwagę i spędzić z nią choć chwilkę czasu. Ja jestem nią zachwycona. Wam także się spodoba. Jestem tego pewna. Polecam!


Książeczki bezpośrednio na Twojej poczcie :)